#29 Poranny spacer…

bies-3.jpg

Obudziliśmy się wcześnie, a poranek był dość rześki…

Wygrzebaliśmy się z namiotu. Dookoła było bardzo mokro, z drzew spadło dużo niewielkich gałęzi, ale poza tym nie było za wiele strat po burzy. W nocy słyszeliśmy jak wiatr mocno wieje oraz rozbijające się krople wody o poszycie namiotu, ale tak jak wspomniałem w poprzednim wpisie - epicentrum nawałnicy minęło nas bokiem.

Pogoda była fantastyczna. Na niebie były chmury, ale nie takie burzowe jak wieczorem. Robiły bardziej za dyfuzor słońca, zresztą rano słońce jest piękne, miękkie i bogate w niezwykłe barwy. Powietrze było chłodne, ale nie było zimno, raczej tak przyjemnie, świeżo. Poprzeciągałem się, zabrałem kosmetyczkę i do łazienki ogarnąć ząbki i twarz. Poszliśmy na śniadanko. Jedząc rozmawialiśmy o celu naszej wycieczki. Padło na „Tarnice”. Dopiliśmy kawę, zabierając sprzęt poszliśmy do porzuconego pod szlakiem do „Chatki Puchatka” samochodu. Wydawało mi się, że ten parking był bliżej, w końcu samochodem jechało się jakoś tak krótko. Po czterdziestopięciominutowym spacerze po asfalcie, z ciężkimi plecakami, usiedliśmy na pace mojego samochodu i odpoczywaliśmy pijąc zimną wodę. Dawno tyle nie szedłem po asfalcie. Sami wiecie, że spacerowanie po normalnej drodze nie należy do przyjemnych czynności. Wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy pod „Tarnice”. Niestety pogoda z minuty na minutę psuła się coraz bardziej. Stanęliśmy na parkingu, a na szczycie granatowo. Mając w pamięci co wydarzyło się wczoraj i po kolejnych otrzymanych alertach pogodowych długo zastanawialiśmy się, czy warto ruszyć w góry. Chęć zrobienia zdjęć stanęła na jednej szali, a na przeciwnej - odpowiedzialność i rozwaga. Czekaliśmy zatem na rozwój sytuacji. W górach pogoda szybko się zmienia, więc z nadzieją patrzyliśmy w niebo. Siedzieliśmy i po kilkudziesięciu minutach coś drgnęło. Zaczęło się przejaśniać…

Plecak na plecy, zapas wody i w górę. Podejście na „Tarnicę” uuuu, powiem szczerze, że dość wymagające. Pamiętajcie, że my mamy sprzęt foto na plecach, który mało nie waży, ale do rzeczy. Zaczęliśmy zdobywać „Tarnicę”. Szło nam dosyć mozolnie. Musieliśmy zrobić kilka przystanków, ale po pewnym czasie dotarliśmy do takiej przełęczy, gdzie łączą się szlaki. Usiedliśmy troszkę z boku, tak, aby przechodzący ludzie nam nie przeszkadzali. Rozłożyliśmy sprzęt i do dzieła. Kilka fotek i idziemy dalej na szczyt. Gdy dotarliśmy lekko pokropiło - można powiedzieć, że deszczyk był prawie niewyczuwalny. Natomiast w oddali zbierały się okropne chmury burzowe. Usiedliśmy chwilę, aby się rozejrzeć po okolicy, coś zjeść i napić się. Przeskoczyliśmy przez ogrodzenie i zeszliśmy troszkę w dół. Rozłożyliśmy statywy i fociliśmy. Próbowaliśmy wykorzystać jak najwięcej okienka pogodowego, które oj - szybko się zwężało hehe. Ciężko jest robić zdjęcia w pośpiechu. Przynajmniej ja tak nie lubię, bo nie ma to nic wspólnego z przemyślanym kadrem. Nie twierdzę, że moje takie są, ale lubię dłuższą chwilę posiedzieć i pooglądać, co się dzieje wokół mnie i na co mogę zwrócić uwagę widza. Strzelając szybko liczysz bardziej na przypadek, że akurat trafisz coś fajnego lub przynajmniej uda się coś z tego obrazka wybrać i obrobić w kompie. Na Tarnicy spędziliśmy niedługą chwilę. Następnie ruszyliśmy w drogę powrotną. Wracając rozjaśniało się na niebie i znów mieliśmy takie poczucie, że może za szybko wracamy, że może jeszcze przy tych warunkach można by coś pstryknąć.

Na parkingu usiedliśmy i w delikatnych promieniach słonecznych zjedliśmy kanapeczki, popijając wodą. Nie ukrywam, że byłem mega zmęczony. Dwa wyczerpujące dni wędrówki powoli dawały o sobie znać, tym bardziej, że nie byliśmy wysiłkowo do tego przygotowani, a rzuciliśmy się na podbój Bieszczad, jakbyśmy codziennie po górach chodzili. Ruszyliśmy w stronę naszego obozowiska. Usiedliśmy na kolacji i oboje stwierdziliśmy, że na kolejny dzień musimy znaleźć jakieś łagodne wyjście. Bolało nas wszystko, ale to było takie przyjemne zmęczenie.

Do następnego…

M.W.

close
Zaloguj Zarejestruj
close
vertical_align_top