#28 Spontaniczna wyprawa...

biesz.jpg

Co roku staram się spędzić kilka dni tylko z aparatem.

Po każdym wyczerpującym sezonie przychodzi czas na regenerację sił. Wakacje są dla mnie czasem szczególnym. Mogę na spokojnie podreperować moje zdrowie, spędzić czas z bliskimi oraz znaleźć własną przestrzeń, dlatego w tym okresie staram się wyjechać i pofotografować. Często moje wyprawy są planowane z dużym wyprzedzeniem. Niestety w tamte wakacje nie miałem pomysłu. Jakoś nie wiedziałem, w którą stronę mam się udać.

Nie zastanawiając się nad moim wypadem fotograficznym skupiałem się na innych rzeczach. Wiedziałem, że jak coś mi się trafi to po prostu pojadę i będzie fajnie. Siedząc kiedyś z Radkiem, który też lubi fotografować od słowa do słowa wpadliśmy razem na pomysł, aby jechać w Bieszczady. Ja jeszcze nigdy w nich nie byłem. Odwiedzałem inne góry z racji różnych obowiązków, ale tak z własnej woli to dawno w górach nie byłem. Będąc na Islandii łaziłem wszędzie. Różnorodny piękny krajobraz mega mi się podobał. Góry wpisane w piękne kadry przysparzały mnie o ciarki. Pomyślałem, że w sumie w Polsce posiadamy fantastyczne miejsca, w których przecież nie byłem, a wyglądają przepięknie. Nie zastanawiając się długo ustaliliśmy datę naszego kilkudniowego wypadu i sprawa była już przesądzona. Kolejna moja foto wyprawa – kierunek Bieszczady.

Zakupiłem jak zwykle przed każdą wyprawa kilka potrzebnych rzeczy. Pakowanie odzieży, sprzętu oraz żywności. Namiot, śpiwór i w drogę.

Wyjechaliśmy późnym popołudniem. Droga z Bełchatowa w Bieszczady zajęła nam kilka ładnych godzin. Byliśmy chyba o pierwszej w nocy na miejscu. Oczywiście bez noclegu, bo sądziliśmy, że znajdziemy coś na miejscu. Wszystko było pozamykane. Nie wiedzieliśmy co robić. Jeździliśmy od pensjonatu do pensjonatu i wszędzie tak samo. W najgorszym wypadku rozbijemy namiot i gdzieś na łące przekimamy. Z drogi było widać w lesie jakieś światła. Skręciliśmy w utwardzoną drogę i podjechaliśmy pod schronisko PTTK. Przynajmniej tak wynikało z nazwy. Weszliśmy do baru i zapytaliśmy o nocleg. Wynajęliśmy domek i poszliśmy spać. Byłem mega zmęczony, a przecież jutro w góry i to z samego rana, więc trzeba było się szybko zregenerować.

Rano przywitało nas słoneczko. Piękna pogoda. Dużo chmur, ale tak rześko. Tak jak lubię. Poszliśmy się ogarnąć i na śniadanie. Powiem Wam, że waruneczki lekko spartańskie, sanitariaty też, ale nam do szczęścia nic więcej nie potrzeba. Poza tym jak się jedzie na tego typu wyprawę to najważniejsze są foty, a reszta hmmmm sami wiecie…

Śniadanie mnie pozytywnie zaskoczyło. Było bardzo smaczne i mega urozmaicone. Każdy mógł coś dla siebie znaleźć, tylko kawa rozpuszczalna. No cóż nie można mieć wszystkiego haha. Pozbieraliśmy rzeczy i w drogę. Mieliśmy kawałek do naszego miejsca wypadowego. Na parkingu pod szlakami sprawdzaliśmy jeszcze raz plecaki czy wszystko mamy. Plan był prosty. Na górę, znaleźć fajne kadry, focić ile wlezie i jak nas noc zastanie rozbić namiot i przekimać.

Plecak na plecy, namiot podpięty, statyw, aparat można iść. Wszystko proste haha w teorii. Dawno po górach nie łaziłem. Zapomniałem, że nie tak prosto się wdrapać tym bardziej z plecakiem, który swoje waży, a z każdym metrem waży coraz więcej. Myślałem, że dla nas sportowców taki spacerek to bułka z masłem, ale muszę powiedzieć, że sił mi brakowało. Może dlatego, że jednak ta wyprawa była w trakcie wolnych dni i nasze organizmy nie były przygotowane do takiego wysiłku. Spacer pod górę był dla nas coraz dłuższy, a pogoda coraz brzydsza. Gdy weszliśmy już na górę i usiedliśmy w „Chatce Puchatka” odetchnęliśmy z ulgą. Było dość wcześnie, więc przystanek na kawę jak najbardziej wskazany. Na niebie zrobiło się granatowo, zerwał się wiatr i zaczęło padać. W górach pogoda jest różna. Czasami szybko i dynamicznie się zmienia, ale mamy takie dobrodziejstwa jak net i odpowiednie apki, gdzie można posprawdzać wszystko. Z mapek wynikało, że nie będzie długo padać, ale bardziej nas martwiło, że po południu zbliża się burza, z resztą dostawaliśmy alerty z ostrzeżeniami burzowymi. Sytuacja stawała się dość poważna, ale my tu przyjechaliśmy focić i kurde pogoda nie może nam tego popsuć. Niestety w fotografii krajobrazu trzeba być zdanym na warunki atmosferyczne.

Przestało padać. Zebraliśmy się i poszliśmy wybranym szlakiem. Nie powiem Wam dokładnie bo nie pamiętam, ale w lewo będąc frontem do „Chatki Puchatka”. To był chyba szlak na „Smerek” albo coś pomyliłem. W każdym razie poszliśmy szlakiem, a pogoda hmmm uwielbiam taką bo niby słońca nie ma, niby jest granatowo, ale dla mnie to są fantastyczne warunki. Taka dramaturgia miejsca. Zeszliśmy troszkę ze szlaku chcąc mieć spokój i nie widzieć ludzi w naszych wizjerach. Siedzieliśmy i od czasu do czasu fociliśmy, w większości gadaliśmy o różnych rzeczach i nawet nie spostrzegliśmy się jak minęło kilka ładnych godzin.

Podnieśliśmy się i poszliśmy dalej. Chmury się przewalały, pogoda się zmieniała, a my szliśmy spokojnie szlakiem i robiliśmy zdjęcia. Idąc rozmyślaliśmy i szukaliśmy miejsca na nocleg, ale niepokoiło nas to co widzieliśmy na niebie. Coraz więcej dostawaliśmy telefonicznych ostrzeżeń o zbliżającej się silnej burzy. Kurcze jadąc tutaj wyobrażałem sobie jak rano otwieram namiot i wpadają do niego pierwsze promienie słoneczne wyłaniające się nad graniami Bieszczad. To był cel mojej wyprawy. Zrobić taka fotę. O świcie móc oglądać piękno natury. Móc widzieć jak świat budzi się do życia. W każdym miejscu wygląda to inaczej, każde miejsce posiada swój magiczny klimat i ten właśnie klimat chciałem zobaczyć i uchwycić w Bieszczadach. No niestety czasami założenia, a rzeczywistość są inne. Doszliśmy do miejsca, gdzie łączyły się szlaki. Burza już była w górach. Strzelało obok nas. Niby daleko, ale sami wiecie jak jest w górach. Moment i jesteś w centrum nawałnicy. To jest dobre słowo. Bo to akurat był czas jak od Bieszczad przez Polskę przechodziły potężne burze. Trzy dni nawałnic. Powyrywane drzewa, połamane gałęzie, brak prądu w niektórych miejscach itp. Powiem szczerze, że szybciutko nabraliśmy respektu do tego co idzie w naszą stronę i w miarę szybko schodziliśmy z góry do naszej noclegowni w PTTK. Mieliśmy kawałek i nie mieliśmy tam samochodu, ale nie było czasu wracać po auto, bo przeraziło nas to co było na niebie. Szybko też nam minęły marzenia o wschodzie słońca w górach. Wiecie nie chciałbym strzelić ostatniej foty w życiu. Jest jeszcze tyle fajnych miejsc. Droga była długa, ale dotarliśmy na miejsce. Rozbiliśmy namiot i poszliśmy na kolację. Muszę Wam powiedzieć, że bardzo fajne „obozowisko”. Jest w miarę blisko do wszystkich szlaków i jedzenie jest kapitalne. Podczas kolacji troszkę się rozpogodziło. Przeszło przez myśl, że może niepotrzebnie zeszliśmy, ale w sumie nie żałowaliśmy. Można było zjeść dobry, ciepły posiłek, napić się piwka i podładować baterię haha. Noc minęła bez większych zakłóceń. Była burza, ale akurat nas minęło bokiem.

Do następnego już za dwa tygodnie…

Pozdrawiam M.W.

close
Zaloguj Zarejestruj
close
vertical_align_top