#25 Ostatnie dni pięknych krajobrazów...

111j.jpg

To już niestety ostatni wpis dotyczący Islandii.

Kolejne dni były już bardzo ciężkie. Byliśmy zmęczeni. Chyba się przeziębiłem i niezbyt dobrze się czułem, mimo to starałem się jak najwięcej zobaczyć i zapamiętać. Tego dnia ruszyliśmy jak zwykle rano na kolejny z pięknych wodospadów. Samo łażenie po okolicy sprawiało mi niesamowitą przyjemność. Miejsce było bardzo urokliwe i tak jak już niejednokrotnie wspomniałem, można chodzić gdzie tylko dusza zapragnie.

Spacerowałem w gronie naszej wewnętrznej grupki i szukaliśmy odpowiednich miejsc, aby uchwycić piękno danej sceny. Byliśmy już lekko zmęczeni i nasze koncepcje danych obrazów rodziły się w większych bólach, tak samo jak sam zapał na bieganie po wszystkich zakamarkach przepięknych miejsc, które odwiedzaliśmy, może dlatego częściej zostawaliśmy w jednym miejscu i nasze foty były bardziej przemyślane. Z drugiej strony wtedy tak tylko chyba myślałem, bo widząc je teraz nie szalałbym tak z tym przemyśleniem danej kompozycji.

Plener, który odwiedziliśmy był ogromną przestrzenią. Jedyną wadą tego miejsca byli turyści. Mega późno dojechaliśmy pod ten wodospad i naszło się ich dosyć sporo. Foty na długim czasie trzeba było kombinować, aby przypadkiem jakiś pan lub pani nie weszli przed moje szkiełko. Wyhaczyłem miejsce, gdzie na pewno przed obiektywem nie będę miał nikogo. Musiałem tylko sprytnie jak kozica górska przeskakiwać z kamienia na kamień, a że nogi długie i troszkę w nich było siły, to mogłem pokonywać większe odległości niż zwykli turyści, którzy są ode mnie niżsi. Dotarłem na miejsce o dziwo z suchymi stópkami. Przez myśl mi przemknęły gumiaczki, ale niestety w niektórych miejscach było dość głęboko. Moje miejsce nie należało do wybitnie dużych, ale spokojnie mogłem rozłożyć statyw i okręcić się z plecakiem wokół własnej osi. Muszę Wam powiedzieć, że długo sam nie byłem. Myślałem, że nie każdy tu może doskoczyć hehe. Dołączyła do mnie Monia i razem fociliśmy z tego miejsca. Jedno jest pewne przed szkiełkiem nikogo nie mieliśmy. Spędziliśmy tam dość długą chwile na obgadywaniu koncepcji, foceniu i zwykłych pogaduchach przy job’owaniu, ale przecież ten plener nie składał się tylko z tego miejsca. Postanowiliśmy wracać. Powstał jeden mały kłopocik, nie pamiętaliśmy jak tutaj przyszyliśmy, którą droga i po jakich kamieniach.

Tak to jest jak się leci za czymś i nie zwraca uwagi na różne drobiazgi po drodze. Często w życiu jest tak, że dążymy do wyznaczonego celu idąc po pewnej ścieżce i nie zauważamy innych ludzi, małych rzeczy, emocji itp. Skupiamy się tylko na tym co dla nas jest najważniejsze. Przynajmniej tak sądzimy, że jest. Oczywiście z jednej strony jest to właściwe podejście, ale patrząc z szerszej perspektywy nie koniecznie tylko wyznaczony i osiągnięty cel jest czymś najlepszym co nas na tej drodze spotkało. Jeśli wspinacie się na szczyt góry, nie ma znaczenia jakiej, czy niskiej, czy wysokiej, idziecie pewnym szlakiem, czy też kilkoma szlakami i wyobraźcie sobie, że po drodze mijacie wiele przepięknych miejsc, krajobrazów, ludzi na szlakach, a Wy skupiacie się tylko na tym, aby jak najszybciej dojść na szczyt nie zwracając uwagi na nic co was otacza. Wasza droga staje się nudna, długa i wyczerpująca. Jest niczym nie wypełniona. Jest pusta, bez emocji, bez odczucia przyjemności i szczęścia, że podjęliście próbę dojścia na szczyt, osiągnięcia swojego celu. Taka droga nic wam nie daje. Po wejściu na szczyt góry, spoglądacie w dół i nie pamiętacie jak się tu znaleźliście. Patrząc z drugiej strony, z perspektywy człowieka, który dąży do swojego celu, ale jest wrażliwy na wszystko co go otacza, na ludzi, na piękno przyrody, na emocje itp. sama jego droga staje się pięknym przeżyciem, wspaniałym wspomnieniem próby, którą podjął. Ta droga dla niego będzie wypełnieniem czasu, który poświęcił na osiągnięcie i wdrapanie się na szczyt, aby sięgnąć to po co szedł. Jego droga nigdy nie będzie nudna, ani wyczerpująca zawsze będzie pełna wrażeń i emocji. Możecie to postrzegać jako przenośnię lub dosłownie w obu przypadkach na pewno wiecie o czym mówię.

Jak już przebrnęliśmy przez labirynt kamieni poszliśmy w inne miejsce. Spacer był długi, gdyż żeby dojść na drugą stronę wodospadu trzeba było się cofnąć do ogromnego mostu i nim przedostać na drugi brzeg. Szliśmy gadaliśmy nikt się nie spieszył. Każdy plener trwał dwie lub trzy godziny, więc sporo czasu posiadaliśmy na to, aby uchwycić piękno danej sceny. Od czasu do czasu robiliśmy przystanki i fociliśmy, ale w większości już spędzaliśmy towarzysko czas na gadaniu. Gdy obeszliśmy z każdej strony nasz wodospad pozbieraliśmy się do autokarku i ruszyliśmy dalej w drogę. Tego dnia był to nasz jedyny przystanek fotograficzny. Mieliśmy do przejechania dość dużą odległość. Pogoda coraz bardziej psuła sie. Piotr w autokarze mówił, gdzie się udajemy, ale w uczestnikach już nie było widać sił i zapału, aby tego dnia jeszcze pofocić. Im bliżej naszej noclegowni czułem się gorzej. Połknąłem co miałem przy sobie, aby chociaż na chwilę poczuć się lepiej. Dojechaliśmy na miejsce. Przydział pokoi. No cóż znów miałem perspektywę nie spania. Poszedłem w odwiedziny do chłopaków i dziewczyn. U dziewczyn było wolne łóżko, poprosiłem je czy mogę się u nich przespać, bo potrzebowałem snu. Przygarnęły mnie. Umówiliśmy się na wschód, aby iść na plażę zrobić zdjęcia takiej ciekawej skale. Niestety spałem jak zabity.

Następnego dnia jak już spotkaliśmy się na śniadaniu, poranni wycieczkowicze opowiadali jak było na fotach. Powiem szczerze, że zazdrościłem, ale z drugiej strony mój organizm potrzebował spokoju, odpoczynku i snu. Rano czułem się już dużo lepiej i spokojnie mogłem skupić się na fotografii. Po opowieściach i namowach grupy poszliśmy wszyscy razem odwiedzić skałę o naprawdę dziwnym kształcie. Z resztą sami zobaczcie…

Wsiedliśmy do naszego pojazdu i ruszyliśmy na podbój ostatnich zakątków przewidzianych w naszym harmonogramie. Podróż była dość długa, aż mi się przysnęło. Obudziłem się w szczerym polu przy mega wysokiej skalnej ścianie. Kolejny plener…

Lekko zaspany wyszedłem i nie bardzo wiedziałem co ja mam tutaj robić, w którą stronę iść. Nie miałem żadnej koncepcji. Normalnie pustka w głowie. Chyba już zmęczenie było tak wielkie, że nie potrafiłem wykreować jakiejkolwiek sceny. Poszedłem w jakieś pole. Rozłożyłem statyw i usiadłem. Rozejrzałem się dookoła i nic. Dalej pustka. Nalałem sobie kawy i po prostu siedziałem i myślałem. Słuchałem tej ogromnej, otaczającej mnie ze wszystkich stron ciszy. Śpiew ptaków, przewalające się chmury i od czasy do czasu krzyk „Mario foty”. Siedziałem i nic nie robiłem. Nie miałem natchnienia, ale po coś tu przyjechałem, więc spojrzałem przez wizjer i się zaczęło. Jedno, drugie, trzecie i wena wróciła. Znów byłem w swoim żywiole. Nie zmieniałem zbytnio miejsca, bo miałem okropnego lenia, ale to co było wokół zupełnie mi wystarczało. Nie wiem kiedy minęły te 2 godziny. Chyba większość przesiedziałem pijąc kawę.

Jadąc do kolejnej naszej miejscówki, gdzie również był nasz nocleg zatrzymaliśmy się w niepozornym, ale bardzo urokliwym miejscu. Ciężko to opisać bo tam była różnorodność. Może po prostu Wam pokażę…

Gdy już dojechaliśmy na miejsce wyłoniliśmy się z autokaru jak jakieś mrówki z mrowiska. Każdy poszedł w swoją stronę. Oczywiście był główny temat do fotografowania, ale nasza grupa jak zwykle łaziła swoimi ścieżkami. Był niesamowity odpływ. Woda cofnęła się od kilka kilometrów, przynajmniej nam się tak wydawało. Gdy reszta fociła górę, która kształtem przypominała kapelusz czarownicy z Harrego Pottera my śmigaliśmy po dnie zatoki szukając czegoś innego niż oklepane foty tego cudownego miejsca. Oczywiście na sam koniec wróciliśmy i zrobiliśmy zdjęcia takie jak wszyscy.

Niedaleko miejsca, w którym robiliśmy fory była nasza noclegownia. Zostawiliśmy graty, zjedliśmy kolację i ruszyliśmy na nocne foty. Pierwszy raz od początku naszej foto wyprawy niebo miało kolory. Po kilku godzinach wróciliśmy i poszliśmy spać.

Przyszedł kolejny ranek. Jak się okazało fotograficznie to był nasz ostatni dzień. Oczywiście został nam jeszcze jeden, ale to już były takie jak ja to mówię dożynki w mieście. Wróćmy jednak do fotografii. Tego dnia odwiedziliśmy kilka miejscówek. Dość intensywny dzień, ale bogaty w różnorodność. Przewijającym się tematem, który łączył te wszystkie miejsca była woda. Pierwszym miejscem była plaża. Powiedzmy, że przesiedziałem cały plener w jednym miejscu. Jakoś mnie nie urzekła ta scena, ale reszta fociła dość żwawo. Późniejsze miejsca wiązały się ze spacerowaniem. Mega dużo łaziliśmy, szczególnie przy ostatnim plenerze, gdzie do przejścia był szlak widokowy. Piękne miejsce. W środku naszej fotograficznej przygody była wizyta przy latarni morskiej. Osobiście uwielbiam latarnie morskie. Z reszta uwielbiam fotografować nad wodą oraz w górach. Te ostatnie miejsca poznaje na nowo!!!

Patrząc na moje zdjęcia i wspominając te wszystkie sytuacje, sprawiają że odżywa to wszystko na nowo. Wyspa, która jest mega różnorodna pod kątem krajobrazu wzbudza ciekawość u każdego fotografa. Wiem jedno kiedyś tam wrócę. Będzie to inna pora roku, ale dwanaście dni na zwiedzanie takiego miejsca to stosunkowo za mało.

Do następnego już za dwa tygodnie…

Pozdrawiam M.W.

close
Zaloguj Zarejestruj
close
vertical_align_top